Ekspedycja nr 11


Wolontariusze: Ania Wituła i Grzesiek Pisarski



26 listopada wtorek

8:53
Dzisiaj kolejny zwykły dzień w pracy, ale nie wszystko wygląda tak samo. Z tyłu głowy cały czas mam obawy związane z wyjazdem na wolontariat. To już jutro. Czy dam radę? Jak mogę nie dać rady, przecież sama mam dwójkę dzieci, więc z czterdziestką poradzę sobie tak samo… ale czy na pewno? Wyjeżdżam wieczorem do Kielc i stamtąd z Grześkiem jedziemy do Grodziska w województwie świętokrzyskim, oddalonego o około 50 km od Kielc.

23:00
Jak dotychczas wszystko według planu. Jestem w hotelu w Kielcach i oczywiście nie mogę zasnąć. Tłumaczę sobie, że muszę być wypoczęta, bo pobudka o 4 nad ranem. Zaczynam liczyć owce, potem kwiatki na zasłonach, aż w końcu zasypiam oglądając lokalną stację TV. „Podsumowanie wiadomości dnia” pomogło.

27 listopada środa

Noc była ciężka. Co godzinę zrywałam się, sprawdzając w telefonie, czy nie zaspałam, czy budzik przypadkiem mnie nie zawiódł. Nigdy chyba tak błyskawicznie się nie przygotowywałam do wyjścia, jak właśnie wtedy.

5:30
Zbiórka pod blokiem Grześka. No i tu bez zaskoczenia. Nie musiałam zrywać go z łóżka, stawił się punktualnie  Ciemno, ruszamy. Przed samą szkołą w Grodzisku zatrzymuje nas do kontroli patrol Policji. Panowie są nie mniej zaspani niż my. O tej porze wyglądają, jakby szukali ducha.Na miejscu jesteśmy już o 6:20. Zbiórka pod szkołą planowana była o 7:00, ale im bliżej tej godziny, tym więcej wątpliwości czydobrze trafiliśmy. Cisza, żywej duszy. Wokół szkoły biega kulawy piesek. Na szczęście szybko okazuje się, że to właściwe miejsce. Chwilę po siódmej podjeżdżają samochody - to rodzice z dziećmi. Pojawia się też pani dyrektor, która jedzie razem z nami do Krakowa. Oczywiście jest już Piotr i chłopaki z Navegadoresoraz nasz wyjątkowy autokar. Jak się potem okazało, napotkany wcześniej patrol Policji został ściągnięty w celu kontroli autokaru. Kierowca naszego kosmicznego pojazdu - pan Przemek - okazałplik dokumentów i za chwilę patrol odjechał.

Dzieciaki zaczęły zbierać się w szkole. Plecaki pełne prowiantu, rodzice wyraźnie zaniepokojeni, a my sprawdzamy, ile ich jest i czy wszystko mają. Osiemnastka. No i dwie Panie ze szkoły. Po wejściu do autokaru,Piotr robi nam krótki instruktaż z zasad bezpieczeństwa. Ja obejmuję wzrokiem i opiekuję się pierwszą połową autokaru. Grzesiek bierze tyły. Myślę, że jako mężczyźnie, będzie mu łatwiej zapanować nad śmietanką towarzyską, która usiądzie z tyłu. Mając na uwadze poprzednie przygody wolontariuszy, na wszelki wypadek pakujemy woreczki foliowe w kieszenie siedzeń.

Wszyscy gotowi do drogi, szczęśliwi, rodzice już machają, Panie zajmują miejsca, my się krzątamy po autokarze licząc dzieci, sprawdzamy czy pasy są zapięte, czy plecaki są tam, gdzie być powinny. Piotrek nas przedstawia.

7:45 RUSZAMY!

Pierwsza ważna zasada podczas jazdy autokarem – ŻADNEGO JEDZENIA! No i oczywiście wprowadzając tę zasadę, już sobie zrobiłam czarny PR…Jedziemy do Żelisławic po ekipę z drugiej szkoły. Oczywiście po drodze zebrała się już mała grupka na siusiu, więc pod szkołą w Żelisławicach mieliśmy wsiadających i wysiadających i tych co trochę podjadali w czasie postoju, bo przecież autokar nie jedzie, a Pani Ania pozwoliła w czasie postoju troszkę zjeść, byle nie chipsy…

W Żelisławicach dosiadło się dwadzieścioro troje dzieciaków oraz kolejne dwie Panie nauczycielki. Wszyscy siedzą, nie jedzą, gadają, nie wstają, pasy zapięte…uff!Cudowne uczucie. Jestem „mamą” ponad czterdziestki dzieci i nadal się uśmiecham! Ruszamy najpierw do hotelu. Nave jadą przed nami swoim edubudzikowym pojazdem. Pan Przemek prowadzi tak delikatnie, że nawet, jakby ktoś po kryjomu zjadł cały zapas chipsów z autokaru, to na pewno nie musiałby korzystać z wiadomej  torebki.Powoli poznajemy dzieciaki. Rozpoznaję już kilkoro. Są oczy bystro biegające po autokarze, które szukają towarzystwa, rozmowy. Są oczy wpatrzone w mokrą szybę i tęskniące, trochę zagubione. Będzie dobrze.

Do hotelu dojeżdżamy przed czasem. Meldujemy się i mamy trochę wolnego przed obiadem. Wolne? Przy takiej brygadzie nigdy nie ma wolnego… o rety, co będzie nocą?
Obiad. Tego się spodziewałam. Przepyszna zupa grzybowa nie wchodzi. Widzę przerażone miny i błaganie w oczach – „czy mogę tego nie jeść”? Tak możesz. Zjesz drugie danie. I tutaj znów się zaczyna cyrk. Paluszki rybne nie wchodzą, ziemniaki podane w kulkach też nie wchodzą no i marchewka też nie chce wejść… ale za to chipsy w pokoju wchodziły wyśmienicie. Wszyscy robimy, co możemy, wiemy przecież, że nie prędko będzie kolacja… a dzieciaki liczą na podjadanie w autokarze. Nie ma takiej możliwości!

Ruszamy do Krakowa. Kierunek Muzeum Lotnictwa.

W Muzeum Lotnictwa oprowadza nas rewelacyjny przewodnik, którego słuchaliśmy jak zaczarowani. Padają pytania ze strony tegoż Pana i tu jestem mocno zaskoczona, że niektórzy chłopcy, zresztą dziewczyny też, znają na nie odpowiedź. Komu by się chciało pamiętać, trzymając w jednym rękutablet, a drugim przy uchu telefon, że jako pierwsi na świecie skonstruowali samolot bracia Wright i że pierwszy przelot tą maszyną trwał 12 sekund… Ależ one mają wiedzę! A jak nie znały odpowiedzi, to po tej wycieczce znały już wszystkie.

Na koniec wizyty w muzeum,  dzieciaki mogły spróbować swoich możliwości jeśli chodzi o przeciążenia. Wszystkie weszły na trenażer. Kolejka ustawiała się przez wiele minut, a potem to już liczyłam w godzinach. Nikomu nie zabrakło odwagi. Pani Dyrektor ze szkoły w Grodzisku również spróbowała, nie chciała już jednak wejść drugi raz. Jedna z Pań z Żelisławic także „poleciała” w kosmos. To podobało się dzieciakom najbardziej! „Nasza Pani jest odważna, ona też tak jak my, nie boi się niczego!”

Na koniec wizyty w Muzeum, miałam cichą nadzieję, że ktoś powie – to już koniec na dziś. Byłam zmęczona tym ciągłym byciem na high’u, pilnowaniem czy nikt nie został w toalecie, czy wszyscy są, czy mają czapki na głowach, bo tego dnia było naprawdę chłodno. Jednak to nie to samo, co z dwójką dzieci…

To nie był koniec.  Jedziemy do centrum Krakowa. Cel – podziemia Sukiennic. Uwielbiam Kraków! W autokarze podładowałam baterie. Pasy- sprawdzone. Plecaki-na górze. Dzieciaki- siedzą. Wszyscy policzeni. Trochę przymykając oczy liczyłam na to, że nikt nie zauważy, że się regeneruję przez płytki sen, ale po chwili dobiegło do mnie: „Ciiicho, bo Pani śpi”. W podziemiach Sukiennic widać było już nie tylko moje zmęczenie, Grzesiek też zdawał się działać „na oparach” energii, a dzieciaki - jakby je ktoś nakręcił. Biegały po podziemiach za Panią przewodnik, klikając we wszystkie możliwe ekrany dotykowe - wciąż głodne wiedzy i nowych doznań. Jednym z punktów programu była bajka o królu Kraku. Myślałam, że trochę to będzie dla nich nudne, ale wszystkie buzie jak zaczarowane patrzyły, co się dzieje na scenie.

Wracamy do Hotelu. ¼ autokaru śpi.

W końcu kolacja, na którą wszyscy tak bardzo czekają, bo Pani Ania nie pozwala jeść w autokarze ;) Wieczorem,na krótkiej odprawie z Nave, Piotr przydzielił nam piętra i dyżurowaliśmy,  krążąc co pół godziny po pokojach. Byłam pod wrażaniem zdolności organizacyjnych Piotra, który z dużym opanowaniem przez cały dzień sprawnie sterował  grupą. Widać doświadczenie.
Nie ukrywam, że w tym punkcie dnia marzyłam już o łóżku, ale miałam poczucie, że nie mogę teraz spać, bo dzieci właśnie zjadły i znów są gotowe do szaleństw aż do samego rana… no i faktycznie. Były ze dwa pokoje, gdzie Piotr wraz z chłopakami z Navedyżurowali do 3 nad ranem.

Ja padłam jak mucha o 1:00. Koniec dnia pierwszego. Amen.

28 listopada czwartek

Wczesna pobudka. Budzimy dzieci o 6:30. No i tu znów zaskoczenie. Moje dwa domowe przydatki trzeba zwlekać z łóżka dłuuugo i namiętnie. A tutaj wszystkie dzieci wstały już nawet o 5 rano, ubrały się i zaczęły się wycieczki po korytarzach. Do śniadania odwiedzone zostały wszystkie pokoje koleżanek i kolegów oraz zostało dokładnie porównane wyposażenie każdego z pokoi.

Szybkie śniadanie, aviomarin na drogę i jedziemy na tak bardzo wyczekiwaną przez dzieciaki ścianę wspinaczkową. Są podekscytowane, jak chyba dotąd nie były. Niektóre z nich już się kiedyś wspinały. Przechwalają się w autokarze, kto jak wysoko wejdzie. Nie każdy jednak ma ochotę spróbować. No i tu zaczyna się moja przygoda z jednym z chłopców, którego baaardzo chciałam namówić na wspinaczkę.

Jesteśmy na miejscu, ścianek jest kilkanaście, są rewelacyjne, dzieciaki niesamowicie szczęśliwe. Ja oczywiście rzucam się na kawę i nawet Grzesiek, który jej na co dzień nie pije, dał się namówić. Rozgrzewka, podział na grupy i wchodzą pod okiem świetnych instruktorów. Niektóre dzieciaki jakby się urodziły z chwytakami zamiast dłoni. Prawie wbiegają na górę. Są dumne z siebie, my też jesteśmy z nich dumni. Grzesiek zauważył, że jest jeden chłopiec, który trochę wstydzi się wejść. Nie chciał, aby inni obserwowali jego ewentualną porażkę. Na szczęście zorganizowaliśmy mu indywidualne wejście i odważył się. W tym miejscu mogę powiedzieć, że mój wolontariat miał sens. Udało nam się zrobić coś, co spowodowało, że taki młody człowiek uwierzył w siebie, bo uwierzył! Chciał wejść kolejny razi znów. Udało się. Wszyscy byliśmy bardzo szczęśliwi i dumni z niego.

Po, momentami wyczerpującej wspinaczce, ruszyliśmy na wykłady dla małych odkrywców na Uniwersytet w Krakowie. Oczywiście te najbardziej zmęczone jednostki zasnęły w autokarze. Na miejscu świetny wykład pt.: „Dlaczego mydło myje”. Pani wykładowczyni na koniec „zamykała”chętnych wogromnej bańce mydlanej. Dzieciakom bardzo się to podobało. Potem podzieliliśmy się na grupy starszych i młodszych odkrywców. No i tutaj kolejny aktywny wykład o tym, jak wyizolować swoje DNA. Rewelacja! Oczywiście wszyscy byli zafascynowani tym, że mogą zabrać do domu efekt swojego własnego doświadczenia, w postaci maleńkich kłębków DNA zamkniętych w niewielkich pudełeczkach z zawartością wysokoprocentowego płynu, wody i płynu do mycia naczyń. „Wow!” Nawet po twarzach tych, co wykazywali postawę pozornie mało zainteresowanych, było wyraźnie widać, że powtórzą to doświadczenie w domach. Sama też to zrobię!

Po wykładach obiad na terenie UJ. Podczas obiadu potrzebna była malutka interwencja mająca na celu zachęcanie jednego z chłopców do zjedzenia obiadu. Próbowaliśmy, udało mi się go przekonać, co traktuję jako osobisty sukces. Tym bardziej, że swojej własnej czteroletniej córki czasem nie potrafięnakłonić do jedzenia. W tym momencie poczułam, że niełatwo będzie mi się rozstać z tą grupą. Nic na to nie poradzę!

Znów liczenie, pasy, plecaki i prowiant. Dzieciaki dostały prowiant: kanapki i soczki. Wiedziałam, że to wróżywiadomą „przygodę”. Do tego droga była oblodzona, a zamarzający deszcz trochę martwił kierowcę. Jakby tego było mało, w oczach i w głosie Piotra widziałam powagę, wyjątkową powagę.

Stoimy w korku, soczkiwypite, kanapki zjedzone i las rąk … chcemy siusiu i jest nam niedobrze. Jednego z chłopców przesadziliśmy do samochodu Nave, gdzie jak wiadomo mniej trzęsło niż w autokarze, zatem była większa szansa na to, że dojedziemy bez częstego zatrzymywania się.  Nic z tego – przymusowy postój w hotelu. Spore opóźnienie, ślisko. Piotr mocno zdenerwowany, ale sytuacja opanowana. Potem było już tylko szybciej, łatwiej i lepiej.

Odstawiamy pierwszą grupę do Żelisławic. Dzieciaki tuż przed wyjściem powiedziały, że jadą niedługo na wycieczkę do Warszawy ze swoją Panią i pytają czy mogłabym się wtedy z nimi spotkać. To była dla mnie wspaniała laurka. Było to bardzo miłe i znów poczułam, że jak szybko nie wysiądą, to normalnie morze łez, a może nawet ocean. Podałam oczywiście namiary na siebie i mam nadzieję, że spotkamy się w Warszawie.  Autokar trochę opustoszał…
Potem Grodzisk i mój ulubieniec od ścianki i obiadu. Nie było łatwo, ale ja wiem, że tam wrócę. Wszyscy się rozjechali, zaczęło padać. Było dość późno, bo przez tę „szklankę” na drodze i przystanek w hotelu mieliśmy spore opóźnienie.Wszyscy wrócili szczęśliwi do rodziców. Słychać było, jak z zafascynowaniem opowiadali rodzicom w autokarze przez telefon co robili, gdzie byli, że chcą tam wrócić i że tak bardzo im się podobało. Nam również.

10 grudnia wtorek

Teraz, po upływie dwóch tygodni, czuję, że ten wyjazd zmienił nie tylko moje życie,nie tylko moją codzienność. Wierzę, że zmienił choć trochę każdego z Was-wolontariuszy. Zmienił dzieciaki. Dał im nadzieję, pokazał, że warto walczyć o siebie, że trzeba mieć marzenia i że one się naprawdę spełniają! Pokazał nam wszystkim, że nawet jeden mały sukces w postaci zjedzonego obiadu i wejścia na ściankę, to ogromny krok i pokonanie strachu, który nie ma wcale takich wielkich oczu. Dziękuję Małgosi Jankowskiej za możliwość wyjazdu na ten wolontariat, Grześkowi za rewelacyjną współpracę i chłopakom z Nave za organizację i za niezbędne poczucie humoru podczas całego wyjazdu.

Zbliżają się święta, a w dzisiejszych czasach zapominamy o wyjątkowości i magii tego czasu. Zapominamy o ludziach, o tym że są obok nas osoby, którym wystarczy nasz jeden mały gest, aby zmienić coś na lepsze. I tego właśnie życzę Wam wszystkim, abyście zmieniali świat wokół siebie i zauważali ludzi.

Wesołych i spokojnych Świąt.
Anka z DJO

Blog ekspedycji…